Wspomnienia absolwentów II LO
- Bożenna Rapczyńska (Grybajtys)
- Celina Pietrewicz
- Grażyna Balczeniuk (Życzkowska)
- Grażyna Reszczyńska (Renkiewicz)
- Hanna Wysocka
- Ewa Żuchowska
- Marlena Jasińska (Jagłowska)
- Edyta Roszkowska-Kożuszek
- Brygida Aleksandrowicz (Żukowska)
- Artur Cichmiński
- Marek Ziarko
- Monika Predko
- Ewa Piech
- Michalina Cimochowska (Bargłowska) i Sylwester Cimochowski
- Krzysztof Snarski
- Robert Wagner
- Ania D.
- Urszula Musiał-Powierza
Marek Ziarko
Moja klasa liczyła około 30 osób, w tym dziewięćdziesiąt procent to dziewczęta. Znałem tylko jedną koleżankę ze szkoły podstawowej. W pierwszej klasie nawiązywaliśmy nowe znajomości, poznawaliśmy siebie, tworzyły się grupy bliższych znajomych, przyjaciół a nawet związki miłosne. Pomagaliśmy sobie nawzajem. Po roku wspólnej nauki byliśmy naprawdę zgraną „paczką”.
Moją wychowawczynią była Pani Halina Sieczkoś, bardzo miła kobieta. Lubiłem ją. Jako wychowawca starała się nam pomagać, jak tylko mogła. Rozwiązywała z nami problemy związane z nauką, jak i wychowawcze. Pamiętam, że poświęcała nam swój czas nie tylko na godzinach wychowawczych, ale też na przerwach lub nawet po lekcjach. Dodatkowo uczyła nas geografii.
Pamiętam dobrze nauczyciela od PO, nazywał się Barczak. Seplenił i dodatkowo miał słaby wzrok i słuch. W pierwszej klasie przysposobienia obronnego uczyliśmy się w łączonych klasach. Koledzy z IA i IB lekcję PO mieli np: w poniedziałek, a IC i ID w piątek. Moje lekcje z tego przedmiotu odbywały się w piątek na ostatnich dwóch godzinach. Pamiętam, że na PO chodziliśmy już totalnie wyluzowani, raz – że przedmiotu uczył Pan Barczak, dwa – że to był piątek i już za chwilę weekend. W lekcji uczestniczyło dziewięciu lub dziesięciu chłopaków z dwóch klas. Prowodyrem śmiesznych sytuacji był Jacek (uczył się w naszej szkole tylko rok). To on wpadał na pomysły, które doprowadzały do śmiesznych sytuacji, a my mu wtórowaliśmy. Zaczęło się od rzucania w siebie małymi kulkami papierowymi, od jednej ławki do drugiej. Pan Barczak myślał, że to muha i powiedział do nas: „Co to było? Co to było?” – taki wystraszony. Jacek mu odpowiedział, że to mucha. No i się zaczęło. Kulek latało coraz więcej, doszło jeszcze bzyczenie, a Profesor ciągle się denerwował. Potem już „muchy” były stałym punktem naszych lekcji. Nauczyciel kazał nam zamykać okna w lato, przynosił nawet łapkę na muchy na lekcję i nigdy przez okrągły rok szkolny nie złapał, że były to kulki papierowe i nasze bzyczenie.
Kolejną akcją była nauka strzelania. Odbywało się to na terenie szkoły, na podwórku pomiędzy budynkiem szkoły a ogrodzeniem. Pamiętam, że było ciepło na zewnątrz. Tarcze były ustawione poniżej parapetów okien szkoły, a strzelaliśmy z wiatrówki z pozycji leżącej. Mieliśmy wojskowe materace. Pamiętam, jak Pan Barczak mówił do nas: „Chłopcy, tylko po oknach nie strzelajcie”. Ktoś rzucił hasło: „Panie Profesorze, może pan nam pokaże, jak się strzela?”. Pan Barczak położył się na materac i przymierzył, w międzyczasie omawiał, jak zgrać przyrządy celownicze, żeby celnie strzelić. Tylko czekałem, aż coś się wydarzy. Jak nagle ktoś nie huknie „BUUU”. Patrzymy, a nasz profesor zaaplikował śrut w szybkę okna. No to mamy dziurę! Pan Barczak tak się wystraszył, ale tak się wystraszył, powiedział, że musi iść, zabrał ze sobą śruty i poszedł do szkoły. Po około dziesięciu minutach nauczyciel wrócił blady, powiedział do nas: „Chłopcy, musimy tę szybę wymienić” i dokończył z nami lekcję strzelania. To był mój pierwszy kontakt z bronią.
Na lekcjach PO fantastycznie pisało się klasówki. Pan Barczak podawał nam pytania, a za chwilę nieświadomie sam udzielał odpowiedzi. W zadanym np. pytaniu: „Jaki mamy obecnie w Polsce ustrój polityczny? Podaj jego definicję” nagle ktoś z kolegów zadawał Profesorowi pytanie: „Czy teraz w Polsce to mamy socjalizm?”. Wtedy Pan Barczak zbulwersowany odpowiadał że nie, podawał prawidłową odpowiedź i jeszcze jego definicję (nam najbardziej chodziło o tę definicję). Takich sytuacji było mnóstwo. Dlatego też miło wspominam PO i staruszka.
W pierwszej klasie prawie w ogóle nie odrabiałem lekcji w domu. Wracałem późno do domu, chciałem jeszcze spotkać się z kolegami, pograć w piłkę nożną i tak do późnego wieczora. Prace domowe przepisywałem naprędce w szkole od kolegów i koleżanek. Na przerwach chodziłem z starszymi kolegami do wc palić papierosy. Jednym słowem LUZ i tak zleciał pierwszy rok nauki. Oczywiście ze skutkiem negatywnym. Słabe oceny z przedmiotów, a nawet końcowy, roczny egzamin komisyjny z języka polskiego. UFFFFF, udało się, przeszedłem do drugiej klasy. Muszę jednak powrócić do egzaminu komisyjnego. Ważna chwila w moim życiu. Ta ostatnia szansa promocji do drugiej klasy uświadomiła mi, że szkoła średnia to nie szybki kurs gotowania, jednak trzeba się nauczyć, przygotować do przedmiotu. Dostałem takiego kopa, jakbym wypił dziesięć izotoników (których w latach dziewięćdziesiątych nie było) i postanowiłem od drugiej klasy wziąć się za naukę.
W szkole na parterze był sklepik z różnymi artykułami spożywczymi oraz słodyczami. Pamiętam, że mieliśmy ważną klasówkę z biologii i mało kto się do niej przygotował. Podjęliśmy decyzję, że trzeba coś zrobić, aby ją przełożyć. Pobiegłem szybko do Pani ze sklepiku i zamówiłem całej klasie oraz nauczycielowi po pączku. Podałem numer sali lekcyjnej i umówiłem się ze sprzedawcą, że po dzwonku na lekcję przyniesie nam te pączki do klasy. Nie zdążyliśmy wyciągnąć kartek do klasówki, a tu wchodzi sprzedawca ze skrzynką pączków i mówi, że to prezent na moje urodziny. Mina Pani Profesor od biologii bezcenna. Przełożyła klasówkę i zjadła z nami smacznego pączka. Cel osiągnięty.
Studniówka odbyła się w styczniu lub lutym 1994 roku na korytarzu szkolnym. Tradycyjnie rozpoczęła się polonezem. Piękne panie, przystojni panowie. Zaczęliśmy bal. Przy stołach siedzieliśmy klasami. Oczywiście bezalkoholowo. Pamiętam, że u Panów królowały garnitury w kolorze zielonym i fioletowym z różnymi odcieniami. Jako jeden z nielicznych miałem zamiast krawata muchę. Muchę miał też Profesor Pawłowski. Zabawę zakończyliśmy po północy.
Najbardziej wzruszającym momentem w II LO był dzień, w którym odebrałem świadectwo maturalne – zarazem ostatni dzień szkoły. Pamiętam, że pożegnałem się ze wszystkimi i poszedłem przejść się po szkole. Chciałem zapamiętać prawie każdy kąt pomieszczeń szkoły i skojarzyć go z przeżytą chwilą. Mam wzrokową pamięć, więc „fotografowałem” na pamiątkę.
Czy jestem dumny z mojej szkoły? Oczywiście. II Liceum Ogólnokształcące w Suwałkach kształtowało mnie jako młodego człowieka. Uczestniczyło w transformacji z nastolatka w młodego mężczyznę. Uczyło stosunków międzyludzkich oraz wartości, którymi należy kierować się w życiu. Czy z tego skorzystałem? Uważam, że tak. Ponadto szkoła znajduje się w pięknym budynku przy Kościuszki (jednej z najstarszych ulic Suwałk). Równie wartością dodaną szkoły jest jej patron – generał Podhorski, dowódca Brygady Kawalerii w Suwałkach. Swoje dorosłe życie również związałem z mundurem i ochroną granic Polski.
Marek Ziarko matura 1994